Przed polskim rolnictwem coraz więcej wyzwań. Nadmierne regulacje Unii Europejskiej, wysokie normy produkcji i napływ żywności spoza UE. Dramatyczna jest sytuacja w produkcji zwierzęcej, a produkcja roślinna nie gwarantuje już zwrotu nakładów. Co powinno się zmienić? Rozmawiamy z Członkiem Zarządu Izby Rolniczej w Opolu – Bernardem Dembczakiem.
IR w Opolu: Polscy rolnicy muszą produkować żywność podlegającą bardzo wysokim wymaganiom jakościowym. Tymczasem grozi nam napływ produktów z krajów, gdzie nie przestrzega się tych norm. Jesteśmy w przededniu protestu w Warszawie w tej sprawie. Jak dzisiaj utrzymać konkurencyjność polskiego rolnictwa?
Bernard Dembczak: Rolnicy z całej Europy wysyłają protestami słuszny sygnał, bo mamy do czynienia z dwoma poważnymi zjawiskami: żywność z krajów Mercosur i z Ukrainy. W umowach obie strony powinny być traktowane równo, natomiast ta umowa nie zakłada takiej równowagi. w Ameryce Południowej produkuje się żywność przy wykorzystaniu substancji, które u nas są już dawno zabronione oraz bez zachowania wysokich wymagań dotyczących np. dobrostanu zwierząt. Tymczasem Unia Europejska nadal zacieśnia pętlę na rolniku europejskim, w tym polskim. Mamy już wygórowane normy i nie powinny one być jeszcze podnoszone.
Na nasze stoły i tak trafia sporo żywności spoza Unii. Mylące bywają też opisy pochodzenia żywności. Często jest tak, że na produkcie jest napisane – wyprodukowano w Polsce , a w rzeczywistości u nas zostało co najwyżej zapakowane.
Jaki to był rok dla produkcji zwierzęcej?
– Jest coraz gorzej. Kierunki produkcji, które są jeszcze w miarę opłacalne to jest drób i bydło mięsne, aczkolwiek tutaj też się mówi o dużym zagrożeniu. W ostatnim czasie mocno spadają ceny mleka, natomiast na rynku trzody od dłuższego czasu sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Jeśli dane wskazują, że ¾ mięsa wieprzowego Polska importuje, to tutaj powinno się podjąć jakieś działania. W przypadku trzody, byliśmy kiedyś samowystarczalni, a teraz pogłowie spadło drastycznie i dzisiaj tylko zaspokajamy potrzeby w ¼.
W Polsce musimy stworzyć konkretny długofalowy system, który spowoduje odbudowanie pogłowia trzody, bowiem wtedy będzie szansa na zagospodarowanie zboża, którego i tak mamy za dużo. Nie zapominajmy, że odbudowa hodowli to także dodatkowe miejsca pracy oraz rozwój przetwórstwa itd. Być może powinniśmy zastosować jakieś instrumenty rynkowe i systemowe, żeby pobudzić produkcję trzody, bo nastroje są dramatyczne. Widzę coraz więcej chlewni pustych, które kiedyś tworzyły duże gospodarstwa.
Jak wygląda bezpieczeństwo biologiczne?
– Przyznam, że robi się wiele i na ten moment wystarcza. Zagrożenie ASF jest, ale obecnie najwięcej przypadków notujemy jednak wśród dzików. Ptasia grypa jest niebezpieczna, ale ona nie występuje w dużych fermach i to jest dowód, że dobrze się zabezpieczamy. Wiadomo, że te choroby też w jakiś sposób mutują, pojawiają się nowe szczepy i nowe nazwy. Jeśli chodzi o warunki sprzyjające rozwojowi epidemii, to dzisiaj sytuacja wygląda inaczej niż kiedyś. Dawniej we wiosce było 30 gospodarstw, w których chowało się dosłownie wszystko, w każdym był niemal ogród zoologiczny. Dzisiaj jest 2 -3 hodowców we wsi, może dlatego transmisja chorób nie jest tak poważna. Staramy się również jako Izba Rolnicza propagować wiedzę z zakresu bioasekuracji, poprzez szkolenia i prezentacje dla rolników.
Jaki jest obecnie zakres współpracy zagranicznej opolskiego samorządu rolniczego?
– Izba Rolnicza w Opolu ma bardzo długie tradycje współpracy z izbami europejskimi, by wymienić chociaż izby z Francji, czy z Austrii. Myślę, że w przyszłym roku współpraca nabierze większego tempa, między innymi ze względu na jubileusz izby. Byłem inicjatorem kilku spotkań międzynarodowych, ostatnio ze związkiem drobiarzy z Austrii, którzy odwiedzili kilka gospodarstw na Opolszczyźnie. Wymiana doświadczeń jest wciąż bardzo cenna, ale niejednokrotnie, to oni się teraz od nas uczą i wiele rzeczy ich bardzo pozytywnie zaskakuje. Chociaż my też jesteśmy pod wrażeniem niektórych rozwiązań, np. większej swobody sprzedaży przy gospodarstwach, która nie jest opodatkowana do bardzo dużej kwoty. Często wykorzystujemy to jako argumenty w różnych pismach i petycjach. Bardzo ciekawe wielopokoleniowe gospodarstwa rodzinne z hodowlą podpatrzyliśmy też ostatnio w Westfalii.
Wydaje mi się, że warto również brać przykład z Włoch, gdzie opolscy rolnicy mieli okazję zobaczyć działalność 3 wielkich producentów produktów typowo włoskich – wina prosecco, szynki parmeńskiej i sera parmezan. Fascynująca jest dbałość Włochów o swój produkt, która przejawia się w tworzeniu dużych grup producentów rolnych, dostarczających surowiec wysokiej jakości tylko na potrzeby tych 3 markowych produktów. Nie pozwalają oni na pojawianie się podróbek, czy gorszych jakościowo partii towarów. W tym kierunku trzeba iść.
Jakie są perspektywy zatrudnienia w rolnictwie? Ostatnie dane pokazują prognozowany spadek zapotrzebowania na pracowników w tym sektorze.
– Ten proces już ma miejsce. Zawsze porównuję moją wioskę sprzed 40 lat, kiedy zaczynałem rolnictwo, wtedy było 35 plantatorów buraka. Dzisiaj w tej samej wiosce jest tylko 10 gospodarstw i jedno, które żyje wyłącznie z rolnictwa. Ten trend jest i będzie, ponieważ mamy lepsze i wydajniejsze maszyny oraz coraz mniej hodowli. Na pewnym etapie się jednak zatrzymamy. Coraz częściej rolnicy są gdzieś zatrudnieni, a gospodarstwo jest dodatkowym źródłem dochodu.
Co ze zmianą pokoleniową w opolskim rolnictwie?
– Najlepiej jest w przypadku gospodarstw rodzinnych, w których młode pokolenie wyrosło na tym gospodarstwie i ma rolnictwo we krwi. Tacy młodzi ludzie będą raczej kontynuować prowadzenie gospodarstwa, chociaż może jako dodatkowe źródło dochodu. Dzisiaj coraz trudniej bowiem żyć tylko z gospodarki. Są oczywiście jeszcze pasjonaci, którzy utrzymają się tylko z gospodarstwa, ale są też ludzie, którzy kwalifikują się jako rolnicy, a nie wiedzą nawet, gdzie mają swoje pole. Myślę, że z biegiem czasu to się urealni. Przy rolnictwie zostaną tylko ci, którzy zajmują się aktywną uprawą i hodowlą.
Izba Rolnicza w Opolu podnosiła wielokrotnie problem odrolnienia gruntów, których jest coraz mniej. Czy to zjawisko jest wciąż niepokojące?
– Na ten temat często rozmawialiśmy na zarządach. Z reguły staramy się chronić dobre klasy ziemi przed odrolnieniem, poprzez wydawanie negatywnych opinii w takich przypadkach. Jednak są rejony województwa, gdzie ziemie są generalnie lepszej klasy, a rolnicy też chcieliby je przekształcić, np. na działkę budowlaną dla dzieci lub warsztat. Dlatego każdy przypadek analizujemy indywidualnie. Zawsze pytamy też o zdanie delegatów z danej gminy. Mniejszy dylemat jest w przypadku słabych gleb, niemniej jest to jeden z dominujących problemów, którymi zajmujemy się jako strona opiniująca te przekształcenia.
Dziękujemy za rozmowę.











