Wiceprezes Izby Rolniczej w Opolu, Łukasz Smolarczyk ocenia aktualną sytuację polskiego rolnictwa. Mimo wielu interwencji opolskiego samorządu rolniczego, gospodarzom nadal oferowane są ceny, które nie pokrywają kosztów produkcji. Polskie rolnictwo trapią również biurokracja i surowe normy europejskie, które nie wytrzymują w starciu z napływem taniej żywności ze świata. W naszym wywiadzie próbujemy odpowiedzieć, co zrobić, by głos rolników był w końcu usłyszany.
Rolnicy alarmują, że mimo wysokich cen żywności w sklepach, otrzymują stawki w skupie, które często nie pokrywają nawet kosztów produkcji. W którym miejscu tego łańcucha „od pola do stołu” pojawiają się największe marże i co samorząd rolniczy może zrobić, aby urealnić ceny płacone rolnikom?
– Aktualna sytuacja pokazuje, że rolnik jest najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu. Więcej przypada przetwórstwu, ale największy zysk osiąga handel. Warto podkreślić, że przetwórstwo kiedyś zostało mocno scentralizowane, przez co rolnicy stracili możliwość udziału w mniejszych zakładach przetwórstwa. Centralizacja była błędnym założeniem po wejściu do Unii Europejskiej, co przyniosło bardzo złe efekty.
Co samorząd rolniczy robi, aby poprawić sytuację na rynku zbóż?
– Z naszej strony było bardzo dużo inicjatyw. Wnioskowaliśmy do Krajowej Rady Izb Rolniczych i w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, proponując między innymi podniesienie interwencyjnej ceny skupu zbóż (obecnie wynosi 101 euro), która gwarantowałaby rentowność produkcji. Niestety, nic się nie zmieniło w tej sprawie. Kolejną propozycją naszej izby było zwiększenie udziału bioetanolu w paliwach, co pozwoliłoby zagospodarować „górkę zbożową”, ale tutaj również bez efektów. Wszystkie te nasze pomysły miały zapobiec pogłębianiu się spadków na rynku zbożowym, które doprowadziły do tego, że pszenica kosztuje 700 złotych, co jest stawką sprzed 20 lat. Czy ktoś chce dzisiaj zarabiać tyle, co dwie dekady temu? Mamy wprawdzie ograniczenia w imporcie zza wschodniej granicy, ale w tym czasie przyjeżdża do nas towar z Mercosuru, który jest produkowany w oparciu o nawozy produkowane na wschodzie. Z przykrością stwierdzam, że dobre pomysły idą z dołu, a ministerstwo i unia z nich nie korzystają.
Problem napływu produktów rolnych z Ukrainy był przyczyną wielu protestów. Jak obecnie, z pańskiej perspektywy, wygląda sytuacja na najważniejszych rynkach – zbóż, drobiu czy cukru? Czy mamy do czynienia z destabilizacją krajowego rynku?
– Obecnie zboże z Ukrainy nie napływa do Polski już w niebezpiecznych ilościach, ponieważ ceny zbóż w portach Morza Czarnego są lepsze od tych w polskich portach, stąd Ukraińcom nie opłaca się eksportować zbóż przez Polskę. Natomiast opłaca im się sprzedawać cukier i drób. Jeżeli Ukraina rozwinie produkcję zwierzęcą, to dopiero wtedy odczujemy, co znaczy ich potencjał. Drób zawsze stabilizował nasz rynek poprzez wykorzystanie nadwyżek zboża. Dzisiaj jesteśmy ważnym światowym producentem i aż 80 procent naszej produkcji eksportujemy. Jak będziemy zalewać rynek towarami gorszej jakości, to podetniemy gałąź na której siedzimy.
Jeśli chodzi o produkcję zwierzęcą, to poważnym zagrożeniem są choroby, chociaż muszę pochwalić służby opolskiej weterynarii, z którymi blisko współpracujemy. W przypadku rzekomego pomoru drobiu, to szczepienia na razie nie przynoszą skutków. Wynika to częściowo z tego, że ministerstwo musiałoby zdecydowane przerwać łańcuch ognisk epidemii. Problem polega na tym, że nikt nie eliminuje zakażonych stad dzikich ptaków, co potwierdzają również myśliwi. Dane łowieckie z ostatnich lat wskazują, że dzikie ptactwo: kaczki, gęsi i łabędzie odnotowują kilkukrotny wzrost populacji i to będzie narastać.
W województwie opolskim jednym z najsilniejszych segmentów produkcji był kiedyś burak cukrowy. Co się dzieje z naszym sztandarowym produktem?
– Obecnie koszty wyprodukowania buraków cukrowych przewyższają zyski ze sprzedaży. Za buraki ponadkontraktowe skupy płacą 34 złote za tonę, przy czym koszt uprawy buraka to minimum 8 tys. zł na 1 hektar. Kiedyś burak cukrowy zapewniał stabilizację i przynosił gospodarstwom najlepsze zyski. To jest kolejna gałąź produkcji, którą tracimy, a mamy najlepsze warunki do uprawiania buraka cukrowego w Europie. Uważam, że produkcja buraka powinna również ewoluować w innych kierunkach, nie tylko jako źródło cukru.
Unia Europejska a kraje Mercosur. Rolnicy w całej Europie protestują, obawiając się zalewu rynku tanią żywnością produkowaną bez europejskich norm. Jakie są trzy największe zagrożenia tej umowy dla polskiego rolnika? Jak się ma Zielony Ład do otwarcia granic dla produktów niespełniających tych standardów?
– To pokazuje hipokryzję UE, która nakłada na polskich rolników surowe normy środowiskowe czy dobrostanowe. W tym przypadku protestowaliśmy jako Izba Rolnicza w Opolu i skierowaliśmy do wojewody postulaty odrzucenia tej umowy. Na szczęście, Polska nie jest osamotniona, bo również Francja jest przeciwna i tutaj widzę możliwość budowania sprzeciwu (umowa została przyjęta przez Komisję Europejską, ale zanim wejdzie w życie musi być przyjęta przez Radę Unii Europejskiej, zatwierdzona przez Parlament Europejski i ratyfikowana przez parlamenty krajów członkowskich – przyp red.).
Z jednej strony UE mówi o skracaniu łańcuchów dostaw, a z drugiej strony napakowane hormonami mięso z krajów Mercosuru będzie płynęło 2 miesiące statkiem do Europy. Przypomnę tylko, że w Ameryce Południowej nie istnieją normy dobrostanowe. Ponadto, będzie sprowadzana kukurydza i soja produkowane na zgliszczach lasów deszczowych, które się wypala pod tereny uprawne. Dlaczego politycy europejscy i polscy nie pomyślą o przyszłości swoich dzieci? To krótkowzroczność z ich strony.
Rozmawiamy o czynnikach globalnych. Tymczasem, polscy rolnicy zmagają się również z kosztami energii, niestabilnością rynku, rosnącą biurokracją i wymogami środowiskowymi. Co obecnie stanowi największą barierę w prowadzeniu rentownej działalności rolniczej w Polsce?
– Największe utrudnienia wynikają z wprowadzania wszystkich zmian i oddziaływania wszystkich wspomnianych, niekorzystnych czynników jednocześnie. Gdyby to się pojawiało stopniowo, a tu mamy wysokie koszty produkcji przez Zielony Ład, koszty nawozów, a z drugiej strony zalewamy rynek produktami produkowanymi taniej. Na Ukrainie mają tańsze nawozy, lepsze ziemie, niższe koszty pracy. To nie jest zdrowa konkurencja. Z jednym czynnikiem byśmy sobie poradzili. Do tego dochodzi jednak nadmierna sprawozdawczość, jak choćby ostatni głośny przykład elektronicznej ewidencji środków ochrony roślin. Dobrze, że Prezydent RP zawetował tę ustawę. Dlaczego rolnik europejski ma prowadzić szczegółową ewidencję, chociaż właściwie nie ma już czym pryskać, bo większość składników chemicznych została zakazana?
Uważam, że my – rolnicy, jako środowisko musimy wyrażać się bardziej stanowczo, bo nasz głos jest zbyt delikatny, a ludzie są bardzo zdeterminowani, wręcz na skraju wytrzymałości. Nie wiem skąd się biorą pewne procesy, bo przecież Europa była kiedyś silna gospodarczo i silna rolniczo – ktoś próbuje to zepsuć… Tymczasem zaczynają nas wyprzedzać Chiny czy Indie.
Czy głos polskich rolników może być bardziej słyszalny?
– Chyba trzeba protestować przed siedzibami polityków w Polsce i w Unii. Dzisiaj ludziom w mieście żyje się w miarę dobrze, ale to może się skończyć bardzo szybko, kiedy wzrosną ceny energii i koszty życia. Protesty mogą się nasilić, kiedy do rolników dołączą inne grupy społeczne i zawodowe, np. leśnicy czy transportowcy.
Czy demografia jest problemem wsi? Czy są jakieś perspektywy na przejmowanie gospodarstw przez młode pokolenie?
– Średnio, statystycznie w Polsce mamy trochę lepszą sytuację, niż w innych krajach europejskich i są wciąż młodzi ludzie, którzy chcą wiązać przyszłość z rolnictwem. Nie możemy jednak doprowadzić do sytuacji, że młody człowiek po kilku latach gospodarowania stwierdzi, że to była zła decyzja. Dzisiaj poza rolnictwem można przyzwoicie zarobić, a rentowność w rolnictwie jest słaba. Ministerstwo wprawdzie zachęca młodych do przejmowania gospodarstw, ale musi jednocześnie budować fundamenty polskiego rolnictwa, tymczasem polityki rolnej w tym kraju nie ma. Przykładem mogą być pojawiające się co jakiś czas tzw. „górki zbożowe”. Kiedyś też mieliśmy „świńskie górki”, ale dzisiaj produkujemy ¼ tego, co kiedyś i dalej występują. Coś jest nie tak w tym systemie.
Za tę niestabilność odpowiedzialne są między innymi największe koncerny, które układają rynki pod siebie. Spekulacja wygrywa nad prawdziwymi czynnikami ekonomicznymi. Mamy już nawet nie globalizację, ale rynek globalny i jeden czynnik spekulacyjny gwałtownie oddziałuje na cały świat. Ludzi na świecie jest coraz więcej i rolnictwo powinno być najbardziej stabilną branżą działalności, a niestety nie jest. W tym kontekście podam przykład, wypowiedzi prof. Grażyny Cichosz, która wytknęła koncernom, w jaki sposób żywią społeczeństwa na całym świecie. Została skrytykowana za wypowiedzi, które idą pod prąd pewnych działań systemowych. Zauważam jednak, że ostatnie lata przynoszą jakąś przemianę świadomości jeśli chodzi o żywienie i niektórzy kierują się własną wiedzą, a nie tylko marketingiem.
Jakie ma Pan rady dla opolskich rolników, jeśli chodzi o przyszłość?
– Przede wszystkim powinni opierać produkcję o segmenty, które dają stabilizację. Najważniejszą rzeczą dla opolskich i wszystkich rolników w Polsce jest utrzymanie pogłowia zwierząt, produkcja mleka, drobiu, wołowiny i jajek oraz odbudowa pogłowia trzody chlewnej. W województwie opolskim mamy różne grunty – lepsze i gorsze, ale w Polsce bez produkcji zwierzęcej sobie nie poradzimy. Teraz jest ciężki moment na rynku mleka. I tu apel do rolników – nie zniechęcajcie się, wręcz rozwijajcie się! Zawsze najlepsze inwestycje są, kiedy rynek dołuje. Poza tym, najważniejsze są finanse. Jeśli mamy wziąć kolejny kredyt, to trzeba się 3 razy zastanowić. Jeśli ktoś jest zadłużony, to nie dokładać sobie kolejnych zobowiązań, ale skupić na przetrwaniu i na spłacie zobowiązań. Dopiero jak sytuacja finansowa się unormuje, to można myśleć o kolejnych inwestycjach.
Dziękujemy za rozmowę.










